Cele językowe – Kwiecień 2017

 Kwiecień plecień co przeplata – trochę zimy trochę lata; trochę celów z poprzedniego miesiąca, ale też więcej luźnych celów sprawiających przyjemność, z dwoma istotnymi wyzwaniami jak wisienki na torcie. Na ten miesiąc postanowiłam sobie zaplanować językową odmianę i wprowadzam do celów nowe aktywności.

Cele na kwiecień 2017

  1. Lekcje hiszpańskiego na italkie. W tym miesiącu postanowiłam podtrzymać dobrą passę z Malagi i znalazłam nauczyciela przez  Internet, dziś mamy lekcję próbną, a od przyszłego tygodnia mam nadzieję na kolejne lekcje skupione na gramatyce/pisaniu/poprawianiu moich błędów. Zamierzam mieć ich w tym miesiącu 4, czyli po jednej w tygodniu. Dlaczego jednak lekcje, a nie partnerzy językowi? Cóż, rozmawiać mogę zawsze z kimkolwiek. W Maladze uświadomiłam sobie jednak, że nauczyciele pomagali mi rozwiać wiele językowych, gramatycznych i stylistycznych wątpliwości, korygowali błędy i wskazywali właściwy kierunek (jasne, że nie wszyscy, ale znalazło sie dwóch takich :) ). Nie doceniałam dotąd nauczycielskiego doświadczenia! Oczywiście, nie dyskredytuję roli partnerów językowych, tandemów czy konwersacji. To bardzo istotne dla płynności. Niemniej, widzę po sobie, że taki nauczyciel przyspiesza mój proces doskonalenia gramatyki i dodatkowo mnie motywuje. W tym tygodniu nareszcie założyłam konto na portalu  www.italki.comi i miałam już pierwszą w życiu lekcję przez skajpa. W Polsce pewnie rozejrzałabym się za lekcjami w cztery oczy, ale w Niemczech, szkoda mi pieniędzy na niemieckich nauczycieli. Italkie jest po prostu tańsze. Niestety mój internet domowy, który jest tutaj po prostu tragiczny, nie wspiera tego pomysłu, ale postanowiłam umawiać się na te lekcje w bibliotece, gdzie dobry internet jest za darmo. Chcieć to móc.
  2. Symulowanie imersji, czyli bardzo bardzo dużo słuchania. I znów, pobyt w Hiszpanii w marcu motywuje mnie, by bardziej skupić się na otaczaniu językiem, nawet wtedy gdy nie mieszkam w Hiszpanii. Wcześniej musiałam się bardziej do tego samomotywować. Słuchanie, mimo, że przyjemne, traktowałam jako „naukę/pracę”. Teraz – zależy mi na tym, by słyszenie hiszpańskiego wokół mnie było codziennym niezobowiązującym i przyjemnym nawykiem. Po powrocie z Hiszpanii, dużo chętniej sięgam po podcasty czy książki. Zaczęłam czerpać dużo większą przyjemność z używania tego języka na każdym kroku. Nie chcę tego tracić. Dlatego kwiecień będzie u mnie miesiącem podcastów (jak wyżej, mam zbyt wolny internet by oglądać filmy czy siedzieć na youtube). Chcę ich słuchać dużo. Chcę słuchać ich co najmniej 2-3 razy każdego. Chcę notować nowe słownictwo i zamierzam używać go na lekcjach z nauczycielem (o moich ulubionych podcastach pisałam tutaj).
  3. Książki – czytanie. Generalnie czytam bardzo dużo (głównie po polsku, ale też nierzadko po niemiecku, czasem po angielsku), ale czytanie po hiszpańsku szło mi raczej dość powolnie. I znów ta Malaga – po tygodniu widzę w tej kwestii sporą poprawę. Oczywiście nadal nie czytam tak szybko jak po polsku (relatywnie szybko), ale czytanie przestało mi iść jak po grudzie. Zaczęło mi to sprawiać więcej przyjemności i zyskało aspekt delektowania się słowami i samą literaturą, a nie tylko męczącym wertowaniem słownika. Mam aktualnie dwie książki hiszpańskojęzyczne przeczytane do połowy i chciałabym je w końcu skończyć. A może zacząć czytać je od nowa, albo większymi fragmentami, albo spróbować napisać o nich jakieś wypracowanie lub streszczenie. Coś wymyślę.
  4. Motyw subjuntivo przenoszę tutaj z poprzedniego miesiąca. Subjuntivo nigdy się nie kończy :D.  Walczyłam z tą tematyką trochę w Hiszpanii, ale chyba z niespecjalnie dużą motywacją, bowiem gramatycznie utrwalałam też inne rzeczy. Udaje mi się je trochę inkorporować w to co mówię lub piszę, ale bez ogromnej pewności siebie czy to co piszę jest poprawne. Na pewno zwrócę na to uwagę nauczycielowi, że chciałabym te tematy jeszcze przećwiczyć.
  5. KALENDARZ i PLAN. W tym miesiącu zaplanuję codziennie minimum 30 minut na naukę w jakiejkolwiek formie i dostosuję do tego planu pozostałe aktywności codzienne. Mimo, że mam dobrą pamięć i dość dobrze ogarniam swój plan dnia bez notowania rzeczy, to chcę spróbować tej metody zapisywania. Może się sprawdzi, a może nie :). Wpisanie czegoś w kalendarz to niemal umówienie się na randkę z samą sobą i z hiszpańskim. Nie chcesz się spóźnić czy nie przyjść? Oszukiwanie samej siebie? Nie – planowanie czasu sam na sam ze swoim hobby. Oto mój cel. (przyznaję, że do dopisania tego punktu zmotywowało mnie napisanie wczorajszej recenzji książki Luki Lampariello – klik. Mimo, że jestem w niej raczej krytyczna, przesłanie o systematyczności i planowaniu czasu, skłoniło mnie do refleksji na ten temat).
  6. NOWY JĘZYK. Trochę biję się  z myślami, że nauka kompletnie nowego języka, którego nigdy wcześniej się nie uczyłam – spowolni mnie w osiąganiu pozostałych celów. Nic na to nie poradzę, ten język kusi mnie mocno już od ponad miesiąca i nie umiem sobie z tą fascynacją poradzić! Chciałam go „przesunąć” na później, by nie uczyć się dwóch języków na raz, ale ostatecznie poddałam się z tym planem, gdy znalazłam na italki dosłownie jedną jedyną nauczycielkę, która uczy tego języka po angielsku. Z niepewnością, zarezerwowałam u tej Pani pierwszą lekcję. Ot, na próbę, zobaczyć. Mimo problemów z połączeniem – jestem po tej lekcji bardzo zainspirowana i chcę jeszcze. Prawdę mówiąc, oszukuję sama siebie, bo udało mi się już przerobić w marcu pierwszy rozdział jedynego podręcznika do tego języka po angielsku, który udało mi się znaleść w internecie. Innych nie ma. Z jednej strony to takie podchody zakochanego platonicznie szczeniaczka. Strasznie boję się, że nie wyjdzie. Że mój słomiany zapał tutaj znów się objawi i po miesiącu porzucę naukę. A jednak, chcę spróbować! Po pierwszej lekcji zarezerwowałam kolejną za tydzień i mam nadzieję nie zawieść mojej nauczycielki. Dlatego z pewnym oporem i nieśmiałością – dodaję ten cel. Cel na ten miesiąc – cotygodniowa lekcja nowego języka online oraz 15 minut dziennie na utwalanie nowych zwrotów. A co to za język? Strzelajcie! Podpowiedź, bardzo rzadki.

Dużo czy mało?

Wydaje się, że tych celów jest dużo, lecz w istocie jest ich mniej niż ostatnio. Czytanie zwykle wtłaczam w podróż do pracy (45 minut w jedną stronę), słuchanie też w dojazdy, gotowanie, przesiadywanie w łazience lub słucham w pracy (tu głównie radio, bowiem podcasty wymagają więcej skupienia, z podcastów też wynotowuje zwroty i zdania). Lekcje mam już zarezerwowane, a czas pomiędzy? Cóż, trzeba regularnie powtarzać i się uczyć, na to minimum 30 minut dziennie :)

 

Marzec – ewaluacja!

Mimo, że przez pół marca z hiszpańskim nie robiłam nic, nadal zaliczam ten miesiąc do wyjątkowo udanych

Oczekiwania wobec kursu językowego – TAK!

Nie będę się długo nad tym rozwodzić, ponieważ wpisy na temat wyjazdu językowego do Malagi są w przygotowaniu. Spędziłam tydzień w Maladze, czyli 20 godzin ucząc się hiszpańskiego w szkole, +5 godzin na prywatnych lekcjach z nauczycielami w tej samej szkole, +mnóstwo godzin konwersacji z moją „madre española”, u której miałam okazję mieszkać. Byłam na jednej wycieczce do muzeum (i nawet z notatek udało mi się napisać wypracowanie na ten temat, które nauczyciel mi sprawdził poprawił i zasugerował aspekty gramatyczne, które muszę podszkolić) oraz na całodniowej wycieczce do miejscowości w górach, gdzie cały dzień rozmawiałam z innymi uczniami głównie po hiszpańsku. To był bardzo intensywny czas nauki!

Najlepszy rezultat +500% do motywacji!

Codzienna nauka własna – TAK!

 Założyłam sobie, że będę uczyć się codziennie w czasie kursu. Udało się i to nawet bez większego stresu czy zmuszania się. Rano przed szkołą powtarzałam słowa z notatek. Po szkole robiłam prace domowe, często w jakiejś kawiarni, albo na plaży, bo czas wolny spędzałam raczej poza domem.  Przez cały kurs nie rozstawałam się z notatnikiem, kolekcjonując nowe słowa i wyrażenia. Udało mi się faktycznie porobić kilka zadań z podręcznika,  o którym pisałam w ostatnim wpisie – ale ten cel zaliczę niestety do niezrealizowanych.

Para niemiecki-hiszpanski –  MIERNY

Cel, by uczyć się hiszpańskiego przez niemiecki okazał się bardzo trudny.  Nie chodzi o brak słów, ale naprawdę trudno mi było utrzymać tu konsekwencję.

Po prostu, gdy myślę o jakimś wyrażeniu i próbuję pojąć co znaczy, często nie tłumaczę go w głowie wcale (pod warunkiem, że rozumiem sytuację i sens tego zwrotu np. biznaguero – zajrzyj na mojego instagrama, żeby poznać to słowo). Nierzadko też tłumaczę w myślach lub w notatniku na pierwszy język, który przyjdzie mi do głowy. W Niemczech na niemiecki, ale w Hiszpanii znacznie częściej przychodził mi do głowy polski, a jeśli słowo jest podobne do angielskiego – to oczywiście na angielski.

Przyznaję, że w Hiszpanii, niemiecki kompletnie wyparłam. Unikałam Niemców i niemieckiego jak ognia z podświadomej obawy, że zaburzy to mój proces kulturowej adaptacji (a nawet wtedy, pewien fiński poliglota zaskoczył mnie konwersacją w tym języku!). Bardzo zależało mi na imersji z językiem, a także z kulturą hiszpańską, bez używania innych języków. Z drobnymi wyjątkami, używałam praktycznie wyłącznie, z pełną świadomością – tylko hiszpańskiego. Dopiero ostatniego dnia się złamałam się, chcąc porozmawiać z jedną Polką z innej szkoły.  Także… tłumaczenie na niemiecki nie przychodziło mi do głowy automatycznie.

Zapomnieć języka w gębie – czyli zmień swój język

Ostatniego dnia zdarzyło się coś bardzo dziwnego. W grupie studentów z różnych szkół językowych, czekaliśmy w punkcie zbiórki. Jakaś pani zagadała do mnie i mojej koleżanki po angielsku. Ja – OCZYWIŚCIE – odpowiedziałam po hiszpańsku, bo przecież jesteśmy w Hiszpanii i wszyscy uczymy się hiszpańskiego. Na co, ona, że jest z Niemiec.

W tym jednym momencie, naprawdę chciałam wydusić coś z siebie po niemiecku, że świetnie, o jak ciekawie. Ot, chciałam być miła. Jednak nie przychodziło mi do głowy absolutnie żadne niemieckie słowo. Biała ściana. NIC. Słowa automatycznie wychodziły z ust po hiszpańsku, a potem po angielsku, po tym gdy przyznała się, że jej hiszpański jest kiepski. Zdesperowana przeszukiwałam przez 2 minuty konsternacji pamieć, by przypomnieć sobie cokolwiek, choćby  ja jestem, ty jesteś. Pustka. NIC. I gdy już myślałam, że zaraz powiem coś po niemiecku – słyszałam jak wypowiadam kolejne hiszpańskie zdanie. Okropnie dziwne uczucie.

W końcu lekko zdesperowana, wyjaśniłam jej, że mam problem ze zmianą języka. Zwłaszcza po tygodniu w Hiszpanii moja głowa jest wypełniona po brzegi hiszpańskimi zwrotami. Poprosiłam, czy mogłaby powiedzieć coś po niemiecku?

Zdziwiła się, uśmiechnęła, ale zapytała gdzie mieszkam po niemiecku. Wtedy stała magia – odblokowałam się. Bez zastanowienia odpowiedziałam jej moim płynnym niemieckim, mimo że pół minuty wcześniej nie mogłam przypomnieć sobie nawet jak jest „być”!

W ten sposób na własnej skórze odczułam wpływ pamięci proceduralnej i deklaratywnej na  komunikację językami. Dotąd czytałam o tym jedynie w książkach! Tak jakby oba te języki skrywały się w dwóch zupełnie różnych miejscach w mózgu i kompletnie nie chciały ze sobą kooperować. Intrygująca kwestia.

To co mnie zastanawia to, czy można tą opozycję w jakikolwiek sposób wykorzystać, aby również hiszpański stał się elementem pamięci proceduralnej, tej automatycznej? Czy używanie niemieckiego w tym celu mogłoby przyspieszyć lepszą interioryzację hiszpańskiego? Nie wiem czy są na ten temat jakiekolwiek badania, z chęcią bym przeczytała. Ot, to taka kognitywistyczna zagwozdka, do rozwiązania na później.

Podsumowując, nie zamierzam rezygnować z ćwiczenia pary hiszpański-niemiecki. Miałam w przeszłości podobny problem z naprzemiennym używaniem angielskiego i niemieckiego. Wyrobienie pewnej płynności w zmianie języka zajęło mi wówczas 2 intensywne tygodnie ciągłego codziennego używania obu języków na przemiennie, praktycznie 24h na dobę. Pracowałam wówczas z angojęzycznymi wolontariuszami na niemieckiej wsi, i byłam praktycznie jednyną osobą w tej miejscowości, która znała oba te języki naraz. A te dzieciaki pytały mnie praktycznie non stop – co to znaczy, co oni mówią, o co w tym chodzi? A mieszkańcy wsi – przekaż im, zapytaj ich itd. Mózg bolał.

Nie wątpię, że teraz zapewne przyzwyczajenie się do tej zmiany potrwa dłużej, bowiem nie muszę mówić po hiszpańsku codziennie, jednak – przecież nie jest to niemożliwe!

 

A Wy jakie macie cele językowe? Szykuje się inspirujący kwiecień?

Lubię uczyć się języków i chciałabym znać ich kilka płynnie. Fascynują mnie wszystkie tzw. tricki językowe, czyli co można robić, by nauka była skuteczna i przyjemna jednoczeście. Tutaj piszę o tym jak zabrać się do nauki samodzielnie, jak zmienić swoje podejście do nauki języka. Najczęściej o językach europejskich tzn. niemiecki, hiszpański i angielski. Piszę, by motywować do nauki! Jeśli podoba Ci się tutaj, koniecznie polub mój profil na fejsbóku, żeby nie przegapić kolejnego postu :)!

  • Moim zdaniem to bardzo dobrze, że zapisujesz sobie konkretny plan, nawet jeśli jesteś w stanie wszystko zapamiętać. Ale tak jak piszesz, to nie to samo. Ja od kilku miesięcy zapisuję sobie nawet najmniejsze rzeczy, takie jak odpisanie na jakąś nawet nieszczególnie pilną wiadomość, która jednak siedzi w mojej głowie i nie daje spokoju. Po zapisaniu wszystko staje się bardziej poukładane, a ja jestem spokojniejsza. No i pozwala to zaoszczędzić sporo czasu – zamiast się zastanawiać przez poł godziny co by tu zrobić – czy poczytać ksiażkę, artykuł, a może porozwiązywać zadania z gramatyki – od razu siadasz i robisz to, co masz zaplanowane. Trzymam kciuki za realizację Twoich celów :)