[#H8] Glossika – pierwsze wrażenia, czyli dwa ptaki za jednym rzutem.

Dzisiaj dla odmiany recenzja i pierwsze wrażenia z metodą glossika, którą już stosuję od tygodnia. Glossika to program oparty na metodzie składniowej, czyli metodzie uczenia się całych zdań. Jeśli taka forma nauki jest dla Ciebie nowa, koniecznie sprawdź jak tą metodę wykorzystali komercyjnie specjaliści.

Czym jest glossika?

Glossika to metoda opracowana przez 7-osobową grupę lingwistów i poliglotów, którzy oferują „nową szybszą i skuteczniejszą” możliwość nauki języka obcego. Oczywiście każdy kurs językowy obiecuje takie rzeczy. Czym jednak ona się różni od innych? Tzw. GMS „Glossica Mass Sentense metod”, co w ich własnym tłumaczeniu na język polski oznacza „metoda Składniową”, bazuje na stosunkowo dobrze znanej samoukom metodzie uczenia się pełnych zdań i wyrażeń, a nie pojedynczych słów bez kontekstu.
Autorzy kursu wyszli z założenia, że tak jak dzieci – najpierw uczą się mówić i komunikować, a potem czytać i poznają gramatykę, tak również dorośli mogą pójść w ich ślady. Ich kurs uczy przede wszystkim mówić w języku obcym.
Słowo dygresji – właśnie nieświadomie napisałam zdanie, którym pani Pawlikowska reklamuje swoje własne kursy „Blondynki na językach”. Jak zatem pokazuje doświadczenie, nie jest to metoda ani nowa, ani szczególnie wielbiona za skuteczność. Ot, po prostu są ludzie, którzy uważają, że uczenie się wyrażeń i całych zdań wraz z ich kontekstem ma jedną podstawową zaletę – uczysz się zarówno nowych słów, jak i gramatyki za jednym zamachem!  Tak między nami, ja również należę do tych ludzi.

Czym to się różni od zwykłego kursu audio?

Jak łatwo zgadnąć – zdań najlepiej uczyć się w środowisku zbliżonym do naturalnego. Słuchając. Łatwo zatem przewidzieć, że to kurs audio. Zawiera 3000 zdań w języku angielskim (wersja tańsza lub w języku polskim – wersja droższa), które przetłumaczono na język docelowy (tutaj oprócz najbardziej popularnych języków znajdują się tak rzadkie języki jak różne różne dialekty chińskiego, estoński, litewski, a nawet islandzki; niestety brakuje mi na tej liście portugalskiego czy przykładowo norweskiego).
Początkowo obawiałam się, że będzie to taka „blondynka na językach”, która wprawdzie korzysta z metody składniowej, ale w formie stosunkowo mało dopracowanej. O ile moje uwagi na temat „blondynki..” może pozostawię na inny wpis (jeśli ktoś jest ciekaw, napiszcie w komentarzu), o tyle mogę zapewnić – ten kurs jest inny i z „Blondynką” ma wspólne tylko korzystanie z metody nauki pełnych zdań.
Podstawowa różnica polega na tym, że zdania są dużo bardziej adekwatnie dobrane. Poziom trudności zdań rośnie wraz ze stopniem zaawansowania kursu. Około 700. zdania (wczoraj) zaczęłam słyszeć w moim kursie w końcu wyrażenia w czasie przeszłym. Co więcej, zdania nie są skoncentrowanie tak bardzo tematycznie w rodzaju „kupowanie” albo „pytanie o drogę”. Takich podziału unika się. O ile mogę to ocenić po 900 przerobionych zdaniach – ćwiczone są po pierwsze zdania, przy których prawdopodobieństwo zastosowania w rzeczywistości jest naprawdę duże, po drugie zdania, które wykształcają konstruowanie wypowiedzi z powtarzających się elementów. Tak jak to wyjaśnia się w filmie instruktażowym, jak i również w materiałach do kursu, prezentowany materiał ma dawać pewne ramy językowe, w których łatwiej będzie umieszczać nowo poznane słownictwo.
Warto tu jednak zwrócić uwagę na fakt – nie jest to kurs, który uczy słownictwa. Nie jest to też kurs który uczy gramatyki. To kurs, który wybiera zarówno pod kątem słownictwa, jak i gramatyki całe grupy wyrażeń i stwierdzeń, które mogą okazać się przydatne w praktyce lub których konstrukcje mogą okazać się przydatne i łatwe do wypełnienia innymi treściami. Co więcej, na to założenie jest nałożona gradacja stopnia trudności. Czyli słownictwo + gramatyka, a poziom trudności rośnie. Jak widać, dobranie zdań pod tyloma kątami wymaga jednak trochę więcej wysiłku.

Podam przykład najbardziej dziwnego i niecodziennego zdania, którego poza kursem zapewne nie użyję: ¿Él lavó la ventana ayer? (Czy on umył wczoraj okno?). Przypuszczam, że wrzucono tego typu zdanie jako feministyczny żart, bowiem zaraz po nim następuje zdanie „czy ona prowadzi teraz autobus?”, niemniej liczy się sam fakt.  Te zdania są przemyślnie włożone w sekwencję innych zdań, których trudność narasta. Przed lub po nich pojawi się zdanie „czy otworzyłeś okno?”, „okno jest potłuczone (roto)” oraz „złamałem rękę” (rompió), co tworzy w przedziwny sposób ciąg znaczeń, które potencjalnie możemy kiedyś pomylić, albo skojarzyć. Cóż, po przećwiczeniu tych zdań wiesz jak wskazać na to, że ktoś coś umył (nie ważne czy okno czy samochód czy naczynia, czy ona czy on), a także wiesz, że zniszczenia okna i ręki wyraża się nieco inaczej, choć np. po polsku to często może chodzić o to samo słowo „stłuczenie”.

Przy tym zachowany jest pewien rozwój gramatyki w tle. Dajmy na to, w mijającym tygodniu włożyłam sporo wysiłku by jednak zacząć powtarzać czasownik od czasu teraźniejszego, który raczej znałam, a tylko niektóre formy nieregularne mi się myliły. Aktualnie, robię sporo ćwiczeń na czasy przeszłe. Ten kurs idzie ze mną. Przez kilka najbliższych dni będzie mi oferował przeszłość w swoich wyrażeniach. Muszę przyznać, że to mnie motywuje do robienia tej gramatyki (której jak pisałam wielokrotnie, nie lubię), bowiem od razu „słyszę ją” zastosowaną w setkach zdań, których wysłuchuję codziennie. A w powtórkach, nawet wielokrotnie dziennie tych samych!

A dlaczego to jest aż takie drogie?!

Dokładnie przemyśleć kolejność i sens zdań do nauczenia – to może każdy nauczyciel przy większym wysiłku. Zrobić z tego kurs audio – to może już mała firma z nauczycielem nejtiwspikerem i potencjałem marketingowym. Za co jednak ten kurs się bardzo ceni?

Ja cenię ich za IPA. Dla nie wprawnych, wyjaśniam, IPA to międzynarodowe standardy zapisu fonetycznego, które w tym kursie istnieją, są używane jako najbardziej oczywista oczywistość. To dzięki IPA odróżnisz czy Ukrainiec mówi h twarte czy miękkie, czy Francuz użył e otwartego, zamkniętego długiego czy krótkiego. W zapisie fonetycznym IPA widać dokładnie jakie O jest w boat i w wonder. Tylko dzięki temu możesz nauczyć się słyszeć, że np. hiszpańskie kastylijskie D, jest inne niż polskie D, a także, że niemieckie słowo „haben” zawiera bardzo krótkie e, które trwa bardzo bardzo krótko, w przeciwieństwie do tego, które większość Polaków uczących się tego języka wymawia (pamiętajcie, lepiej mówić „habn” niż „habEn”). Jeżeli uczysz się już długo swojego języka, i nadal nie znasz IPA, bardzo zachęcam do zainteresowania się tematem. To naprawdę świetnie poprawia akcent.

Glossika dostarcza właśnie w kursie w wersji pdf (lub w papierowej, jeśli się dopłaci) zarówno zdanie w języku wyjściowym, jak i docelowym, a także w transkrypcji fonetycznej IPA. O ile nie zależy wam na dobrym akcencie, ta dodatkowa rzecz pewnie nie zrobi wam różnicy, ale mnie robi ogromną – bowiem, chce wiedzieć jak hiszpanie artykuują te swoje głoski. Nawet jeśli wydaje wam się, że są podobne, przy próbie naśladowania i ta wychodzi polski akcent. Żeby się go pozbyć, IPA jest nieocenione. Jeśli kiedykolwiek zastanawiałaś/es się jak Niemcy rozróżniają „Miete” oraz „Mitte” – to czas najwyższy zainteresować się alfabetem IPA! Tę różnicę w zapisie fonetycznym widać jak na dłoni, naprawdę można to usłyszeć, co więcej przy wystarczająco dużej ekspozycji na język można nawet zacząć wymawiać te dwa słowa poprawnie i już nigdy więcej się nie mylić w tym, co kto miał na myśli!

Druga rzecz, której pozostałe kursy nie mają to tzw. GSR (Glossika Spaced Repetition), czyli „optymalne powtarzanie” (tłumaczenie ze strony Glossiki). W skrócie chodzi o plik audio, który w określone w planie dni należy uruchomić. Plik „powtarza” i „odpytuje” cię ze zdań, których uczyłeś/aś się ostatnio i dodaje też takie, które jesteś o krok od zapomnienia. Takie fiszki w wersji audio.

Metodę tę z powodzeniem stosują programy typu Anki lub Memrise – czyli przypominają ci o fiszce tuż zanim ją zapomnisz. Tutaj jednak, trzeba po prostu odtworzyć ten plik audio i już. Jedyne co musisz zapamiętać, to numer pliku audio z twojego schametu kursu.

Pierwsze wrażenia

Pierwszym minusem jest cena kursu. To w wersji, którą ja posiadam około 320 zł (moim językiem wyjściowym jest angielski, docelowym hiszpański z akcentem kastylijskim – to najtańsza wersja tego kursu). Dużo i mało. W gdańskiej szkole językowej Venga we Wrzeszczu gdzie chodziłam jeszcze w maju, jeden semestr nauki raz w tygodniu z Hiszpanem kosztuje dokładnie tyle samo. I przez cały rok nie napisaliśmy żadnego wypracowania – tylko mówienie. Jako, że aktualnie nie chodzę na żaden kurs i nie mam nauczyciela, co więcej mieszkam w mieście, gdzie za taką cenę nigdzie nie dostanę się na żaden kurs hiszpańskiego NIGDY – uznałam, że to adekwatny wydatek w porównaniu do robienia NICZEGO. Co więcej, przecież chcę mówić, a jak inaczej bez Hiszpanów/ek nż słuchając? Przekonała mnie do zakupu pokusa, że można nauczyć się gramatyki bez zakuwania … ( ale to już pisałam w tym poście).

W zamian otrzymałam bardzo dużo plików audio. To było tyle gigabajtów, że mój żółwiowy internet kompletnie sobie z tym nie poradził i ściągnęłam to w końcu, gdzieś gdzie internet był szybszy. Na pierwszy rzut oka to są naprawdę godziny, godziny słuchania. Postaram się w kolejnej podsumowującej recenzji napisać dokładnie ile to było godzin. Ściąga się za to 6 pakietów, „folderów”. Po dwa pakiety na każdy poziom. Są trzy poziomy tzw. Fluency 1, 2 i 3, do każdego poziomu odrębny .pdf (można zamówić wersje drukowaną za wyższą opłatą). Aktualnie przerabiam fluency 1, w którym dostępne są pliki GMS (metoda składniowa – 1000 zdań, jeden plik zawiera 50 zdań) oraz 104 pliki GSR (powtórki), które w najwolniejszej opcji przerabiania kursu powinny zająć 104 dni, w moim planie nieco ponad tydzień, jeden plik to około 20-30 minut słuchania). Podobnie jest na pozostałych dwóch poziomach. Do kompletu dostajemy pdf. do każdego poziomu oddzielny. Poza długim wstępem i wskazówkami do nauki, pdf. zawiera po prostu listę zdań w języku angielskim (moja wersja) oraz hiszpańskim, a także zapis fonetyczny. Niestety nie ma wyjaśnienia zapisów IPA, zakłada się, że uczący/a sie go zna. Możliwe, że napiszę o IPA dla hiszpańskiego nieco więcej w wolnej chwili, niemniej – można to bez problemu znaleźć w Wikipedii.

Co więcej, poziom nie jest poziomem ZERO, ale wymaga się znajomości od około A2. Myślę, że w przypadku nauki języków typu znam język 1., to nauczę się języka 2. np. hiszpański-francuski, włoski-hiszpański, niemiecki-holenderski czy polski-rosyjski/ukraiński, można naprawdę zignorować ten fakt. Po prostu od razu zaczynasz w nowym języku mówić zdaniami. Jeśli masz z tym problem – wybierz powolniejszy kurs i daj sobie trochę czasu na sprawdzenie pewnych rzeczy w słowniku czy gdzieś gdzie potrzebujesz. Jednak jeśli tego nie zrobisz, też się tych języków nauczysz.

Po tygodniu, przyznaję, że ten kurs mnie albo nudzi albo fascynuje. Nie potrafię sobie wyrobić zdania. Z dostępnych schematów opracowywania zagadnień, wybrałam kurs 4 tygodniowy, bardzo intensywny, który zakłada 90 minut dziennie. O ile w zeszłym tygodniu sporo pracowałam z domu oraz dawałam sobie zdrowotne fory po zwolnieniu dentystycznym, o tyle mój efektywny czas pracy i nauki w tym tygodniu nieco się skurczył.. Nie jestem pewna czy dam radę, aż tak intensywnie pracować z tym kursem, bo przecież chcę jeszcze robić wyzwanie poliglotki!!! Spróbuję oczywiście – słucham go bowiem w telefonie, robiąc inne rzeczy przy okazji, ale wyjdzie to w praniu. 

Pierwsze wrażenie jest jednak bardzo pozytywne. Na początku myślałam, że jest dla mnie za łatwy – jednak po dwóch dniach doszłam do wniosku, że on świetnie koryguje moje błędy w użyciu właściwych czasowników i czasów oraz poprawia mój szyk zdania.

Szło mi dość szybko i poziom sukcesu był wysoki. Pod koniec tygodnia – 2-3 dni temu, rozpoczęły się zdania w czasie przeszłym, które wprawdzie pasywnie rozumiem, ale chaos w wiedzy na ten temat zmotywował mnie do większej aktywności w nadrabianiu gramatyki równolegle. I to było świetne, bowiem po pierwszym tygodniu powtórki czasów przeszłych stają się one coraz bardziej przyjazne do ucha, słowo „hubo” (indefinido od haber) nie brzmi w moich uszach aż tak szalenie źle, przestają mi się mylić odmiany nieregularne i polepsza się intuicja językowa w ich stosowaniu odruchowo (wiecie, chodzi o ten moment, gdy albo znasz świetnie gramatykę, ale sklecenie zdania zajmuje Ci 5 minut; albo znasz słabiej gramatykę, ale klecisz zdania w biegu i w 80% przypadków są poprawne – ja celuję w to drugie).

Co więcej, faktycznie moja ekspozycja na język hiszpański bardzo wzrosła. Jak wiecie, nie mieszkam w Hiszpanii, nie mam hiszpańskiego ukochanego, ani ludzi, którzy zwracaliby się do mnie w tym języku codziennie. Symuluję to podcastami, czy glossiką, słucham radia w pracy po hiszpańsku. Jestem absolutnie przekonana, że duża eskpozycja na język, którego chcemy się nauczyć, ma naprawdę przeogromny wpływ na postępy w języku. Naprawdę to ważne, by się nim nim otaczać. Trzeba szukać możliwości do mówienia i słuchania – codziennie! Aktualnie glossika mi to zapewnia i to jest plus. Możliwe jednak, że gdybym mieszkałam w Hiszpanii, wcale nie oceniałabym tego programu aż tak dobrze.

Trochę mi jednak szkoda, że w drodze do pracy (1godz.dziennie tam i z powrotem) zamiast czytać książkę, słucham jakichś tam nagrań. Tęsknię za książką, tak szczerze, ale… może powinnam czytać tą hiszpańską książkę, z wyzwania, a nagrań słuchać przy gotowaniu? W tym tygodniu muszę wymyślić metodę pracy z tym kursem, inną niż w mijającym tygodnia, i to taką, która najmniej ingeruje w moja codzienną rutynę.

W glossice oferują kilka planów treningowych, ja dość ambitnie wybrałam. Mój plan powtórkowy zakłada 90 minut dziennie powtórek orz naukę 100 nowych zdań dziennie. To dużo, biorąc pod uwagę, że to nie są jedyne rzeczy, które robię z hiszpańskim. To 90 minut nieco mnie zniechęca przyznaję, i aktualnie zastanawiam się, kiedy słuchać tych nagrań ( i jednocześnie zapewnić sobie przynajmniej 70% stopień koncentracji), żeby to miało sens. Wiadomo, że efektywność nauki w czasie dnia to naprawdę spora sinusoida. Do nauki nowych rzeczy lepiej wybierać pory dnia, gdy jesteśmy świeże i skoncentrowane, do powtórek – już nie musimy być aż tak skupione. Podobno wystarcza 50%-60% uważności, czyli zakładam, że mogę to robić nawet przy sporym stopniu zmęczenia – jeśli nie mam nic innego do roboty (np. zakupy jedzeniowe). Jak to okiełznam? Cóż  – wymyślę, a co wymyśliłam napiszę w kolejnej recenzji z tym programem  już za 3 tygodnie. Mam nadzieję, że wtedy będę w stanie ocenić, czy warto go kupić czy nie.

Załatwić dwa ptaki przy jednym rzucie?

Po hiszpańsku mówi się matar dos pájaros de un tiro (wiedza wyniesiona z podcastu), czyli dosłownie zabić dwa ptaki jednym rzutem. Glossika może być takim rozwiązaniem. Co więcej, widzę w niej ogromny potencjał w przypadku, gdybym uczyła się dwóch bardzo podobnych języków np. Włoskiego i hiszpańskiego lub niemieckiego i niderlandzkiego. Znam sporo osób, którym nauka właśnie tego typu par sprawiała dużo problemów. Rok w Holandii wystarczył by zapomnieć cały niemiecki z 5-letnich studiów, albo intensywna nauka włoskiego we Włoszech, wyparła cały hiszpański, a potem trzeba było go z trudem odzyskiwać. Myślę, że dla osób, które nie mają szansy używać obu języków naraz, Glossika może stanowić rozwiązanie. Tak naprawdę jedynie konfrontacja z obydwoma językami jednocześnie daje ci szansę uniknięcia zastąpienia jednego drugim, podobnym. Więcej jednak, napiszę za 3 tygodnie na podsumowanie wyzwania poliglotki!

Połowy dokonał kto zaczął

A jak tam motywacja? Moja już trochę niżej. Chyba za dużo siedziałam w książkach do gramatyki, to zawsze mnie zniechęca. Czas zacząć robić jakieś przyjemniejsze rzeczy z językiem. Jutro idę na spotkanie wymiany językowej! Może w końcu porozmawiam sobie więcej po hiszpańsku? Postaram się zrobić zdjęcie ku motywacji dla wszystkich!

Pamiętaj, najważniejsze nie jest to, ile robimy codziennie, ale że W OGÓLE coś robimy! Pielęgnuj w sobie nawyki i przyjemność z codziennych rutyn związanych ze swoim językiem. Czy w formie audio, czy w formie książki, czy nawet w formie przeczytania jakiegoś niusa w euronews.com lub innej gazecie internetowej. Nawet 5-10 minut dziennie to jakiś krok naprzód! A na 10 minut dziennie naprawdę nas stać.

Lubię uczyć się języków i chciałabym znać ich kilka płynnie. Fascynują mnie wszystkie tzw. tricki językowe, czyli co można robić, by nauka była skuteczna i przyjemna jednoczeście. Tutaj piszę o tym jak zabrać się do nauki samodzielnie, jak zmienić swoje podejście do nauki języka. Najczęściej o językach europejskich tzn. niemiecki, hiszpański i angielski. Piszę, by motywować do nauki! Jeśli podoba Ci się tutaj, koniecznie polub mój profil na fejsbóku, żeby nie przegapić kolejnego postu :)!

  • mania

    Skończyłam czytać na tym, że mężczyźni nie myją okien, a kobiety nie prowadzą autobusów. WTF?