Polyglote Gathering Bratysława 2017 [ zdjęcia]

 Byłam, wróciłam i nadal nie opuszcza mnie entuzjazm neofitki, która odkryła miejsce, gdzie są sami świetni ludzie – Polyglote Gathering w Bratysławie. Co przywożę po powrocie? Czego oczekiwać i dlaczego na pewno wybiorę się tam za rok? Zapraszam!

Zdjęcia na końcu wpisu!

O Polyglote Gathering w Berlinie usłyszałam po raz pierwszy rok temu w podcaście  Actual Fluency – Krista Broholma . Wywiady z tego wydarzenia zrobiły na mnie wrażenie, jednak myśl o tym by tam pojechać zgasła w zarodku. Inspirujące? Tak, ale…  tyle obcych ludzi, ja sama gdzieś, gdzie nikogo nie znam…. co miałabym tam robić? Preferuję też bardziej kameralne spotkania, gdzie mogę kogoś poznać troche lepiej i wyjść poza sztampowe gatki-szmatki, a od tego… wiało powierzchownością.

Szalona myśl do głowy pojawiła się pod wpływem impulsu, za sprawą Marii z bloga Powiedz mnie (bardzo fajny blog, polecam). Sprawdziłam szybko urlopy, kupiłam bilet na pociąg nocny do Wiednia (stamtąd odjeżdża autobus do Bratysławy), zarejestrowałam się i w drogę.

Polyglote gathering – Zlot pasjonatów

Polyglote Gathering to coroczny nieformalny zjazd poliglotów organizowany w tym roku po raz czwarty, a po raz pierwszy poza Berlinem – w Bratysławie na Słowacji. Przez poliglotę rozumiana jest osoba, która zna kilka języków obcych (kilka, czyli więcej niż jeden). Historia tego wydarzenia sięga innego corocznego zjazdu, Polyglote Conference, którego czwórka uczestników zorganizwała nowy event. Po prostu nie mogli doczekać się kolejnej okazji do spotkania takiej ilości inspirujacych ludzi. Zamiast więc czekać, rozpoczęli nową tradycję – Polyglote Gathering właśnie.

W czasie trwania zlotu mają miejsce liczne wykłady, warsztaty oraz dodatkowe wydarzenia urozmaicające czas wolny i zapewniające rozrywkę wieczorami. Wszystko ma zapewnić przestrzeń do socjalizowania się, rozmów w każdym językó i nawiązywania przyjaźni. Okazji do poznania nowych ludzi jest bardzo dużo.

W tym roku, od 9/10:00 aż do 18:00 praktycznie co godzinę mogliśmy wybierać spośród czterech różnych wykładów lub warsztatów (większość po angielsku, ale nie tylko).. Ponieważ wydarzenie zostało zorganizowane w aulach wykładowych uniwersytetu ekonomicznego, mieliśmy także sporo miejsca na korytarzach, zaaranżowanych m.in. w strefę planszówek (także językowych), stoiska z materiałami do nauki esperanto i innych języków, na zewnątrz były hamaki i tzw. no-English zone (strefa, w której nie wolno używać języka angielskiego), pokój esperantystów, słynący z darmowej kawy oraz tzw. strefa gufujo (miejsce dla osób zmęczonych tłumem, gdzie przy herbacie można cieszyć się bardziej kameralnym nastrojem ciszy). Ponadto każdy wykład oddzielała idealna 15 minutowa przerwa na pogawędki czy kawę oraz 2 godzinna przerwa na obiad.

Przez kilka dni praktycznie nie wychodziłam z uniwersytetu.

Między wykładami większość udawała się na stołówkę (swapliwie skorzystałam z opcji wegańskiej obiadowej i kolacyjnej, co gorąco doradzam, daje bowiem możliwość ciekawych rozmów przy posiłku ) . Po obiedzie spontanicznie tworzące się grupki czilowały w różnych miejscach np.  na hamaku, w strefie bez angielskiego albo w strefie planszówek. Niektórzy ucinali sobie dyskusje przy stole z book-crossingiem albo wdawali się w rozmowę z esperantystami.

Każdego wieczoru planowano inne wydarzenia społecznościowe (kuchnie międzynarodowe, pokaz poligloty mentalisty, koncerty, oczywiście w wielu językach), a kto został dłużej mógł jeszcze przyłączyć się do pochodu wybierającego się do klubu. O większości „aktualności” można było przeczytać na kanale grupy w aplikacji Telegram lub na twiterze. Zdecydowanie nie czułam się niedoinformowana.

Fale entuzjazmu, czyli po co to wszystko

Wybierając się do Bratysławy, tak naprawdę nie wiedziałam dokładnie czego oczekiwać. Ja wiem co dla mnie oznacza umiejętność posługiwania się kilkoma językami, ale co znaczy dla innych? Wielu osobom, poliglotyzm kojarzy się z jakąś tam egalitarnością i zapewne nieco ze snobizmem. Dodatkowo oglądanie filmików na youtube, zwłaszcza tych słynnych wielojęzycznych celebrytów, blogerów, youtuberów, może wprawić w zakłopotanie, bo przecież „ja znam tylko (tu wstaw liczbę) języków i tylko (X) dobrze, albo tak sobie”.

Nie da się ukryć, że niektórzy otaczają ten fenomen poligloty pewnym kultem*. Jednak, w tych spotkaniach nie chodzi o licytowanie się na liczbę języków. Chodzi o dzielenie się wspólną pasją.

Wszystkie te moje obawy już po 2 godzinach przebywania tam, uznałam za absurdalne i idiotyczne. Oczywiście, na te spotkania również jeżdżą Ci wszyscy słynni poligloci, których można zobaczyć na youtube, ale bynajmniej nie po to, żeby czymś tam się chwalić. Wydaje mi się, że oni tam po prostu mogą sie spotkać ze znajomymi.

To było dla mnie kluczowe doświadczenie tego wyjazdu: w jednym miejscu spotykasz 500 innych osób, które tak samo jak Ty mają frajdę z nauki języka obcego. Ot, fani Harrego Potera, cosplaya i komiksów mają swoje zjazdy; fani języków obcych mają swój – to właśnie on.

Masowe spotkania często mają to do siebie, że przy każdej nowej osobie silisz się na jakiś small-talk, skąd jesteś, co robisz i tym podobne nudy. Tutaj nie było wielkiej potrzeby, by tak zaczynać rozmowę.

Każdy dostał plakietkę, na której umieścił swoje imię, miejsce zamieszkania oraz poprzyklejał flagi z językami, w których mówi. Niektórzy dzielili je na te, które znają świetnie, średnio i najmniej. Byli i tacy, którzy tej ostatniej kategorii kompletnie nie przyklejali, choć podsłuchiwali rozmowy w tym językach oraz tacy, którzy jawnie te ostatnie flagi zamazywali w konfrontacji z rzeczywistością. Był też pewien Brytyjczyk, który stwierdził, że po Brexicie umieszcza tylko flagę angielską. Niemniej, akurat on zna większość języków europejskich, więc nie był to duży problem, by się z nim dogadać.

W praktyce ludzie nie krępowali się z zaglądaniem w cudze plakietki w poszukiwaniu jakiegoś wspólnego języka. Może tylko z Niemcami komunikacja na początku przebiegała nieco bardziej sztampowo. W ciągu pierwszych 3 minut rozmowy, każdy nowopoznany Niemiec/ka zapyta Cię co robisz zawodowo. Zawsze. Oczywiście to nadal moja hipoteza, lecz jeszcze nie zdarzyło mi się chybić z tym założeniem, cierpliwie czekam na pytanie i ono zawsze się pojawia. Daję sobie zatem prawo podśmiewania się pod nosem z tej zabawnej kulturowej niemieckiej przypadłości.

Wbrew moim obawom, okazji do rozmów było mnóstwo i wielokrotnie ludzie zagadywali mnie ot tak. Zanim w końcu znalazłam pierwszego dnia Marię, zdążyłam poznać naprawdę sporo osób i to bez większego problemu, a przy okazji porozmawiać we wszystkich moich najmocniejszych językach z polskim włącznie!

Najbardziej zdziwła mnie ta otwartość, tolerancja i przyjazność uczestników. Z takim nastawieniem, nie masz powodu, by nie czuć się jak u siebie. Mówisz w języku, który jest rzadki? Na pewno ktoś Ci poleci osobę, która może go znać. Niektórzy nawet wykażą się chęcią, żeby o nim porozmawiać, mimo, że go nie znają. To trochę jak w sklepie z klockami lego, nie bawiłeś się wszystkimi, ale masz jakieś pojęcie jak musiałbyś się bawić, zestawem, który widzisz na wystawie i co mogłoby w nim być najciekawsze.

 

W pewnym momencie przestajesz być człowiekiem, stajesz się językami, którymi mówisz.

Ta sarkastyczna uwaga padła z ust jednego z moich rozmówców, gdy wzorem pozostałych chciałam zerknąć na jego plakietkę. Ten niewielki odruch, który wszyscy dość szybko opanowali, mógł faktycznie irytować, czy faktycznie tak było? Myślę, że nie. Choć później kontrolowałam się nieco bardziej, by z nowopoznaną osobą nie zaczynać rozmowy od obejrzenia plakietki.

W przypadku rozmowy w grupie, gdy nie chcieliśmy używać angielskiego, ta plakietka bardzo ułatwiała znalezienie wspólnego jezyka. W praktyce jednak najczęściej kończyło się na hiszpańskim (pewnie gdybym znała francuski miałabym inne doświadczenia). Nie oznacza to jednak, że mówiłam tylko w językach które znam. Wręcz przeciwnie.

Oczywiście zdarzało mi się być na wykładach w językach, których nie znam (np. francuski, z którego rozumiałam jakieś 45% czy szwedzki, ok 30%).

Jednak również zdarzało mi się rozmawiać w językach, których nie znam i to było chyba najbardziej inspirujące doświadczenie.

Nie ważne co, po prostu mów

 

Po pierwszym dniu miałam dość angielskiego. Z przyjemnością zmianiałam język na cokolwiek innego. Nawet na polski.

Nie wiem czy Wy też tak macie, ale ja po angielsku uśmiecham się znacznie więcej niż po polsku. Chyba jestem nieco bardziej brytyjsko „polite” i to niesamowicie męczy tą moją chmurną oszczędną i całkowicie polską mimikę twarzy, której używam na codzień. Zasadniczo… w Niemczech mimicznie też sie nie przemęczam, uśmiecham się, gdy coś jest śmieszne. Tyle. Po hiszpańsku za to więcej gestykuluję, ale to nie jest męczące. Z angielskim i dużą ilością nowo poznanych osób – poczułam znużenie już po jednym dniu i twarz bolała mnie od uśmiechania. Zatęskniłam za mniej ekspresyjnym towarzystwem Polaków, Słowaków, Rosjan czy Niemców.

Nieoczekiwanie, chyba nie byłam osamotniona w tej potrzebie. Sporo osób tak ma.

Tym sposobem odkryłam osobę, której zmienia się usposobienie, gdy mówią po hiszpańsku. Piękne.

Rozmawiałam też z paroma włoskojęzycznymi osobami, nie znając włoskiego. Ot, chcieliśmy zmienić język, a ja jako jedyna akurat włoskiego nie znałam. Mówili do mnie nieco wolniej i kazali powtarzać niektóre słowa! Komunikacja udała się.

Z kolegą z Polski nieoczekiwanie wdaliśmy się w rozmowę z Brazylijczykiem, który zagadał nas po polsku. W poszukiwaniu innego wspólnego języka, Leardno szybko odkrył potencjał zaszczepienia w nas pasji do portugalskiego! Akurat Kuba znał portugalski, ale eu não falo português (ja nie mówię po portugalsku). Spędziliśmy zatem miłą godzinę na zgłębianiu portugalskiego fonetyki  na przykładzie wpisu z wikipedii (!). To była ta godzina, gdy odkryłam, że portugalski nie tylko nie jest trudny jeśli się zna hiszpański, ale że jest też po prostu piękny.

W drodze do klubu zaczęłam rozmawiać z Czeszką, która kompletnie nie przejmowała się tym, że nie znam czeskiego. Stwierdziła po czesku, że Polacy dużo rozumieją i, że to nic nie szkodzi. A była przy tym tak naturalnie ujmująca, że potem zaczęłyśmy uczyć się różnych zwrotów przy piwie, ku uciesze jednego Brytyjczyka siłującego się z polsko-czeskimi łamańcami językowymi.

Rozmawiając po hiszpańsku w grupie europejsko-azjatyckiej uczyłam się nawet nieco bengalskiego. Chyba pierwszy raz w życiu byłam świadkiem nie-Azjaty, który mówi fantastycznie po chińsku (inspirujące, choć moje próby bardzo nieudolne). Nie wspomnę też o tych paru rozmowach ze Słowakami, których język jest dla nas Polaków wyjątkowo zrozumiały (mój osobisty ranking najłatwiejszych języków tutaj).

Rozmów w żadnym z tych języków nie oczekiwałam. Przecież nie znam ani włoskiego, ani czeskiego, ani portugalskiego, tym bardziej nie bengalskiego. A jednak niezwykła otwartość uczestników, ogromna tolerancja na popełnianie błędów oraz chęć dzielenia się wiedzą, naprawdę pozwala otworzyć się na to co inne i uwierzyć w siebie.  Przecież każdy z nich, każdy z nas tam był i wie, że nauka nowych języków nie przychodzi z dnia na dzień. Trzeba do tego pracy, ale także inspiracji. Przede wszystkim utwierdza Cię to w przekonaniu, że żeby uczyć się języka nie trzeba siedzieć w domu, nad książkami. Możesz zacząć się go uczyć z ludźmi, tu i teraz.

Oczywiście na youtube czy w Internecie przeczytasz i zobaczysz, że ktoś nauczył się języka w 3 miesiące, w tydzień. To wszystko jednak półprawdy. To wszystko naprawdę zależy. Ze wszystkich tych rozmów, wykładów i spotkań wyłania się przesłanie, które każda osoba ucząca się języków bardzo dobrze zna:

Metody nauki języków bywają różne, ale dopiero REGULARNOŚĆ i SYSTEMATYCZNOŚĆ sprawią, że będą one skuteczne. Oto główne przesłanie, które ze mną zostaje. Nauka języka nie jest przymusem – jest pasją. Swoją pasją przecież chcesz się zajmować codziennie.

Jak długo? Większość pytanych mówiła, że 30 minut do 1 godziny codziennie naprawdę wystarczy. Niemniej, to jak picie kawy czy jedzenie śniadania. Ma miejsce codziennie. Także w weekendy i święta.

Efekt uboczny? Zaprowadzi Cię to właśnie do biegłości w języku, który chcesz opanować i którą może podziwiasz u innych.

 

Wykłady, które mnie zainspirowały

Nie było ich mało. Wszystkie były kamerowane i można je znaleść na youtube.

To tylko kilka, które wydały mi się wyjątkowo inspirujące.

Wykład o czytaniu książek. 

Na sali było pełno nerdów. Sala nie była pełna, ale pewne odczucie ulgi towarzyszyło mi. Jednak nie jestem aż tak nienormalna, że tyle czytam. Autor, Słowak ok. 50-tki, wyszedł z założenia, że skoro zawsze lubił czytać i zawsze lubił uczyć się języków obcych, to nie chce dzielić swojego czasu pomiędzy obie te pasje. Połączy je w jedną.

Po co wykształcać nowe nawyki, żeby uczyć się efektywniej, skoro można skorzystać z tych, które już się ma, i jedynie lekko je zmienić. Czyli rób to co zawsze robisz – czytaj – ale nieco inaczej.  Ivan Kupka zna 6 języków, ale czyta w 10. Rozumiem to dobrze. Zawsze chciałam czytać po francusku, choć mówienie w tym języku mało mnie kręci.

Jego metody zasługują na oddzielny wpis, jednak nieszablonowe podejście do nauki i niekonwencjonalna motywacja imponują mi.

Wykład o tym ile słów trzeba znać

Autor, Steve Kaufmann, zna *naście języków i drugie tyle rozumie. Jest założycielem strony LingQ.

Ile trzeba znać słów, żeby opanować język? Piękne przesłanie dla wszystkich tych, dla których liczenie słów/języków jest ważniejsze niż komunikacja z ludźmi.

 Nie jestem kasjerem w supermarkecie, nie chce rozmawiać o tego rodzaju sprawach. Właściwie, chętniej porozmawiałbym o rzeczach, które faktycznie mają znaczenie**. Steve Kaufmann

Wykład o językach skandynawskich

Prowadzony przez trzy osoby używające duńskiego, szwedzkiego i norweskiego z przerwami na angielski. Choć autorzy mogliby się bardziej wysilić ja bawiłam się świetnie, bo poszłam tylko posłuchać :). Mam jakąś słabość do języków germańskich, nie ukrywam. Zawsze jednak wydawało mi się, że norweski jest najpiękniejszy. Po tym wykładzie odkryłam, że żyłam w błędzie. Szwedzki wymiata!

Przesłanie: wystarczy nauczyć się jednego, żeby dogadać się z każdym. Pozostałe języki załatwia tzw. „language exposure”, czyli regularne kontakty towarzyskie w pozostałych dwóch krajach. (Niestety islandzki się nie liczy)

Wykład hiperpoligloty

Timothy Dean Keely, zna ponad 40 języków.

Przesłanie: jeśli chcesz znać tyle języków, potrzebujesz na to bardzo dużo czasu, elastycznej pracy i tolerancyjnej żony. Co wiecej, nie znasz tych języków „na raz”. Pan Keely używa na codzień tylko około 10. , pozostałe odświeża sobie wcześniej ,gdy wie, że będzie ich niedługo używał.

WYKŁAD O DEEP-LEARNING

Autor, Bartosz Czekała*** uświadomił mi, że każda „nowa” metoda nauki musi mieć jakąs sexy nazwę. Niemniej jego pomysł na używanie Anki do nauki gramatyki, to jedna z pierwszych rzeczy, które wdrożyłam po powrocie. Właściwie, nigdy nie wierzyłam, że Anki się u mnie sprawdzi właśnie z powodu gramatyki, której wydawało mi się, że nie da się tak uczyć. Byłam w błędzie.

Wykład Richarda DeLonga, o którym myślałam że jest Rosjaninem. Nie tylko ja! Rosjanie też.

Przesłanie:

Żeby opanować język na poziomie zbliżonym do nejtiwspikera – potrzeba minimum 10.000 godzin

Polecam

Ten wpis powstał z myślą o osobach, które tak jak ja mogą się zastanawiać czy warto tam się wybrać. Przestań się zastanawiać. Warto!

Ja niepotrzebnie miałam wątpliwości. To jedno z tych spotkań, które zapada w pamięci, pozostawia wiele dobrych wspomnień i daje niewątpliwie ogromnego kopa inspiracji i entuzjazmu do nauki. Większość uczestników po pierwszym razie kompletnie wpadła i przyjeżdża regularnie. Czy widzimy się tam za rok? :)

 

Jak Ci się podoba idea takich spotkań? Czujesz, że to byłoby coś dla Ciebie?

Strasznie żałuję, że my w Polsce nie mamy tego typu większych spotkań, nie integrujemy się w żaden sposób, i nie zarażamy się wzajemnie entuzjazmem do nauki języków. Z tego powodu wyszłyśmy z inicjatywą nowej grupy na fejsbóku  „Poligloci w Polsce”. To całkiej świeży nowy twór, który zrodził się w naszych głowach w wynikuparu luźnych rozmów w czasie zjazdu. Jeśli znasz pasjonujesz się językami obcymi i czujesz, że to może być miejsce właśnie dla Ciebie, koniecznie dołącz do nas tutaj.

 

 

 

 

Notatki na marginesie:

* Ciekawy tekst o kulcie poligloty na blogu Slowlingo tutaj . Byłam zdziwiona, że ludzie naprawdę mają takie problemy!

** Steve Kaufman mówi tutaj – dzien 2 minuta 2:45 LINK . A vlog do każdego dnia eventu TUTAJ

*** Link do Universe of Memory, którego Bartek jest założycielem.

Jeśli jeszcze nie znasz mojego ostatniego wpisu o języku słowackim, koniecznie zajrzyj też tutaj do mojej fotorelacji ze spacerów po Bratysławie: Lista śmiesznych słów w słowackim tutaj.

Ten moment gdy rozmawiając po hiszpańsku (o tamilskiej gramatyce), odkrywasz, że rozmawiasz od pół godziny z samymi Polakami.

 

Takiego selfi jeszcze nie miałam. Podpowiedź jestem gdzieś z lewej strony.

Strefa bez angielskiego! Ta Pani kręciła nam przy tym film, link na końcu!

Mało mam idlolów, ale ten chłopak robi naprawdę dobrą robotę jeśli chodzi o promocję szwedzkiego na niemieckim youtube :). Nie mogłam nie poprosić o zdjęcie. LINK do jego kanału dla niemieckojęzycznych a dla anglojęzycznych tutaj.

 

Czeski na Słowacji!

Zdjęcie z inspiratorem!

Steve Kaufmann mówi o tym, że są ważniejsze rzeczy niż liczenie słów czy jezyków.

 

Portugalski po portugalsku para los hispanoablantes! Com prazer!

 

Tak to wyglądało pomiędzy wykładami.

Albo tak.

Zdjęcie z rodzaju – marzę o tym. Ktoś może wie gdzie to można kupić? :)

Tyle nas było! Ja jestem gdzieś w lewej dolno-środkowej ćwiartce

 

A na deser film autorstwa dziewczyny z jednego ze zdjęć powyżej, na którym też jestem :).

Lubię uczyć się języków i chciałabym znać ich kilka płynnie. Fascynują mnie wszystkie tzw. tricki językowe, czyli co można robić, by nauka była skuteczna i przyjemna jednoczeście. Tutaj piszę o tym jak zabrać się do nauki samodzielnie, jak zmienić swoje podejście do nauki języka. Najczęściej o językach europejskich tzn. niemiecki, hiszpański i angielski. Piszę, by motywować do nauki! Jeśli podoba Ci się tutaj, koniecznie polub mój profil na fejsbóku, żeby nie przegapić kolejnego postu :)!

  • Maria Kulis

    Kawa w pokoju esperantystów zdecydowanie ratowała mi życie podczas długiego przesiadywania w strefach rozmów! :D I ja w przyszłym roku też wybiorę opcję wegańską/wegetariańską, jest po prostu SMACZNIEJSZA! Twój wpis idealnie podsumowuje te dni. Ciężko streścić wszystkie wykłady, na jakich się było, ciężko ogarnąć wszystkie przemyślenia :)

  • Paweł Płonka

    Mam pytanie czy były jakieś młodsze osoby na tym zlocie (14-18 lat ) ? Mam 14 lat i chciałbym pojechać za rok na ten właśnie event.

    • Cześć Paweł! To ciekawe pytanie, faktycznie widziałam kilka młodo wyglądających osób (liceum), lecz nie było ich dużo.
      Sporo było jednak osob 20-30, nieco mniej ale wciąż dużo starszych. Najprawdopodobniej musiałbyś mieć zgodę rodziców i poprosić ich o pomoc w uiszczeniu opłaty rejestracyjnej. Na pewno jednak zapytałabym organizatorów. O ile wiem, do Montrealu zaproszona została nawet 10letnia wielojęzyczna dziewczyna, więc sam wiek z pewnością nie jest problemem :).

  • Że też dowiedziałam się o tym po fakcie! A masochizmem było przeglądanie programu, tyle rzeczy by mnie tam zainteresowało… Postaram się pojechać w przyszłym roku :)