[#H11] Podsumowanie listopada – wyzwanie poliglotki! ZACZNIJ MÓWIĆ!

Choć grudzień już się zaczął, lepiej późno niż wcale. Nareszcie podsumowanie wyzwania poliglotki, czyli wpis o mnie i o tym, jak w listopadzie udało mi się osiągnąć więcej, niż przez ostatni rok nauki.

Ewolucja. Jak było przed?

Podróż w przeszłość. 1 listopada 2016, dokładnie miesiąc temu. Mój hiszpański wygląda tak:

  • wstydzę się cokolwiek powiedzieć.
  • Jeśli już cos mówię, to jąkam się, zacinam, mam polski akcent, a słowa mylą mi się z angielskim.
  • Po prostu nie mam pojęcia jak niektóre rzeczy wyrazić.
  • Czasów przeszłych używam na tak zwaną „pałę”. Ważne, że jest jakiś tam przeszły.
  • Dużo rozumiem i zwykle rozumiem co do mnie mówią.
  • Lubię słuchać radia i słucham go bardzo często.
  • Znam dużo dziwacznych słów, które nie przydają mi się do formułowania zdań.
  • Uważam, że subjuntivo to jakaś czarna magia i, że nie potrzebuję go używać.
  • Drżę na myśl, że miałabym mówić po hiszpańsku tu, teraz, zaraz.
  • Nie znam nikogo, kto używałby tego języka.
  • A w ogóle to ostatnio regularnie uczyłam się go w kwietniu w grupie B2.

To ja sprzed miesiąca. Nie jest to ciekawy profil, niestety! W trakcie wyzwania postanowiłam zmienić swoje podejście i postawić na regularność, a przede wszystkim na poprawienie komunikatywności oraz płynności (pamiętaj! Można mówić płynnie nawet jeśli twój poziom to A1!).

Jak jest po?

Jak wygląda mój hiszpański teraz?

Dużo się zmieniło! A to wszystko dzięki temu wyzwaniu!

Na przykład wczoraj byłam na domówce, graliśmy w kalambury w międzynarodowym gronie i nierzadko do głowy przychodziły mi tylko hiszpańskie słowa! Na szczęście je tam rozumiano. Później marudziłam koledze na podatek kościelny pobierany od Polaków w Niemczech – i to wszystko po hiszpańsku! W drodze do domu, w metrze spławiłam jakiegoś natręta tym, że nie znam żadnego języka (poza hiszpańskim). Oczywiście patrzył się potem w mój telefon, żeby wymyślić inny sposób na podryw, ale nic z tego – mój telefon nie zdradzał kłamstwa – przecież jest ustawiony po hiszpańsku!

Co robiłam w tym miesiącu?

  • 4 razy byłam na spotkaniach językowych. 3 razy w Kolonii na Mundo Lingo oraz 1 raz w Gdańsku na spotkaniu w Kinie Żak (Se habla Español!). Jako towarzyski introwertyk chyba wolę kameralność gdańskich spotkań (jest czas by zanotować czasem jakieś nowe słowo czy posłuchać też innych, zapamiętać każde imię i każdą historię), ale to w Kolonii poznałam kilka świetnych osób, z którymi kontakt bardzo poprawił mój język i rozwinął moje życie towarzystkie! Przychodzi tam zwykle ponad 100 osób, a rozmowy w parach, trójkach czy czwórkach sprawiają, że po prostu nie masz wyjścia! Musisz mówić! Zwłaszcza jak Cię pytają!
  • 1 raz byłam na tańcach – world dance jam session. Inicjatywa kilku osób, które spotkałam na wymianie językowej. To takie dżem seszyn ale taneczne – uczyliśmy się nawet tańczyć poloneza czy oberka, ale też salsę, merenge czy jazz classic. Nieoczekiwanie – najlepiej odnalazłam się w grupie hispanohablantes i już wiem, co to znaczy chupar!
  • 1 raz poszłyśmy z przyjaciółką na piwo ze znajomymi z pracy – okazało się, że to cała grupa Hiszpanów z Barcelony i że uwielbiają tłumaczyć zawiłości hiszpańskiego przeklinania!
  • Regularnie uczyłam się w tym miesiącu gramatyki. Powtórka wszystkich czasów przeszłych + teraźniejsze. Już dawno się tego uczyłam i w sumie ogarniam, ale brakowało mi pewności siebie w użyciu. Na spotkaniach językowych znalazłam też kilka osób, które chciały korygować moje błędne użycie zwłaszcza czasów przeszłych – robiły i robią to z przyjemnością. To doświadczenie dużo mi daje!
  • Mam jedną partnerkę językową z lang-8.com . Miła dziewczyna z Meksyku, z którą piszemy co jakiś czas maile. Uczy się polskiego. Wysyłam jej różne nagrania polskich rzeczy, a ona poprawia moje teksty. To strasznie miłe!
  • Uczyłam się przysłów. Nie z książki. Popytałam na grupach fejsbókowych i wśród ludzi o ich ulubione przysłowia, a potem się ich nauczyłam. Ale tylko ze 2 udało mi się dotąd użyć, niestety.
  • Przesłuchałam bardzo wiele godzin podcastów. Po angielsku na motywację. Po hiszpańsku, by się czegoś nauczyć. Do tego Glossika (pisałam o tym programie tutaj). Efekt uboczny – one świetnie poprawiają akcent. Jeśli nie masz czasu na regularne siedzenie z książką – SŁUCHAJ! W zeszły weekend na spotkaniu językowym usłyszałam, jak jakiś Argentyńczyk upewniał się, czy aby na pewno jestem z Polski? Skąd masz ten akcent? Cóż, po pierwszym zdaniu może to robi wrażenie, ale po 3 kolejnych, w których oczywiście robię błędy, oczywiście się zdradzam, że jestem z Polski. Niemniej – słuchanie to klucz! Imitowanie – to gwarancja sukcesu!
  • Gotowałam pupusy i churros!!!
  • Zaczęłam czytać 2 książki. Na początku miesiąca pierwszej z nich nie byłam w stanie zrozumieć. Godziny czasu z nią i nic. W połowie miesiąca szło mi już jednak dużo lepiej i nawet siągałam do niej dla przyjemności. Chcę ja przeczytać i nauczyć się słownictwa. Druga, to nowy zakup, czytam ją w tramwaju i zasadniczo zaczęłam rozumieć dużo lepiej pod koniec miesiąca, niż w dniu zakupu. Czas robi swoje.

Najlepsze: gmail po hiszpańsku, telefon po hiszpańsku, fejsbók po hiszpańsku, 4 słowniki w whatsappie (hiszpański, angielski, niemiecki i polski). To moje codzienne przypominajki, że uczę się tego języka!

  • Uczyłam się słów bożonarodzeniowych i nawet użyłam parę razy! Podobnie z dniem wszystkich świętych! Polecam www.profedele.com
  • Zapunktowałam u kilku osób z Meksyku znajomością paru wyrażeń typowych stamtąd. Ot, taka niespodziewana wiedza, którą zdobywasz czytając grupy na fejsbóku.
  • WYCZYŚCIŁAM SWOJEGO WALLA NA FEJSBÓKU Z NIEPRZYDATNYCH KANAŁÓW. Zastąpiłam je nowymi i innymi blogami, grupami i innymi społecznościami, które publikują po hiszpańsku! Wiecie – prokrastynację na fejsie uprawia każdy, nie oszukujmy się, że zawsze mamy ochotę na naukę. W takich chwilach niech coś ma z tego chociaż mój mózg!
  • Blogi, strony, kanaly na youtube. Dużo było tego w tym miesiącu!
  • Obejrzałam fajny film na festiwalu filmów latynoskich – Paulina (argentyński) oraz wraz z ukochanym Narcos (pierwszy odcinek – tego hiszpańskiego nie da się zrozumieć, ale zawsze zabijasz wyrzuty sumienia. Sam film polecało mi już wiele osób z Ameryki Południowej. Jeśli Cię interesuje ten region świata i nic Ci nie mówi nazwisko Escobar – to pozycja obowiązkowa).
  • I chyba ostatecznie bardziej leży mi wersja latynoska hiszpańskiego niż europejska. Niespodziewałam się, że dojdę do tego wniosku – ale nic z tym nie będę robić. Zawsze uczyłam się wersji europejskiej, nawyk to nawyk. Będę mówić vosotros y guay, i seplenić na Z. Jakoś mi już to wychodzi, więc po co to zmieniać.
mundolingo5

Czasem spotykasz tez ludzi, którzy nie uczą się hiszpańskiego. Jednak ich ogromna motywacja do nauki innego języka, motywuje jeszcze bardziej do nauki!

Sukcesy

Nie przestrzegałam wyzwania bardzo dokładnie. To była dla mnie inspiracja.

Postanowiłam otoczyć się tym językiem. Taka imersja na tyle, na ile to w ogóle możliwe poza Hiszpanią. Nieoczekiwanie udało się lepiej niż myślałam.

Zyskałam dużo więcej pewności siebie. Reaguję często już automatycznie na pytania po hiszpańsku. Często sama zmieniam język i zmuszam się do wyrażania trudniejszych myśli w tym języku. Nadal nie wiem jak wyrazić wiele rzeczy, ale to nie ma znaczenia – po prostu pytam. Słucham uważniej. Kolekcjonuję nowe słowa.

Najważniejsza zmiana – codziennie mam jakiś kontakt z językiem. Udało mi się go wpleść w codzienne rzeczy, które robię. Hiszpański jest często przy okazji. Na fejsóku, w książce, w rozmowach!

To było naprawdę bardzo fajne wyzwanie i dało mi ogromny zastrzyk motywacji do dalszej pracy nad językiem! Ba! Zaczęłam się w końcu uczyć subjuntivo i wcale nie wydaje mi się, że to takie nieosiągalne!

Co mi w wyzwaniu nie wyszło?

Zarządzanie czasem. Piszę o ty, bo nauka języka nie zawsze wygląda różowo. Pogodzenie z normalnym życiem, wcale nie musi być proste. Ale da się! Motywacja to klucz! Na początku miałam super motywację, ale potem już róznie.

Czas z bliskimi nie służy mojej nauce. W tym miesiącu aż 3 przedłużone weekendy poświęciłam wyłącznie bliskim mi osobom, w każdej godzinie i minucie. W 100%. W tym czasie nie uczyłam się absolutnie nic. Przez to, że aktualnie mieszkam w Niemczech, gdy spotykam bliskie mi osoby na kilka dni, trudno mi zamykać się w sobie nawet na pół godziny, by się pouczyć. Tego typu asertywność mi nie wychodzi niestety.

Na przyszłość, czyli już w najbliższy weekend, myślę, że mogę zaplanować opcję minimum. Przygotuję sobie zapas fiszek w memrise, może wezmę książkę, albo znajdę film, który wszystkim się spodoba. Udało mi się jednak wpaść w Gdańsku do kina Żak na spotkanie językowe i to było świetne doświadczenie, więc ostatecznie nie było tak źle.

Nieoczekiwanie, tygodniowe przeziębienie, a wcześniej półtora tygodnia uziemienia w łóżku po operacji, mimo wielu niedogodności, całkiem dobrze wpłynęły na moją gramatykę (cóż za terapia! ).

Zawsze jest w życiu coś co jest dobrą wymówką, by się nie uczyć. Każdy coś ma. Stres, chorobya, wesela, egzaminy, praca. Ot, tak w życiu po prostu jest. Niemniej, jeśli jest motywacja – znajdzie się sposób. Trzymajmy się tego!

Nie zrealizowałam też wszystkich 28 punktów. Były też dni, gdy uczyłam się wiele godzin, a inne, gdy nie uczyłam się bardzo niewiele.  Nie biję się w pierś. To normalne. Jeśli uczenie się języka nie jest twoim zawodem, to oczywiste, że trzeba je wkomponować w swoje życie i swój plan zajęć. Nie zawsze można wszystko pogodzić, ważne jednak by próbować. Nawet wtedy gdy wydawałoby się, że mózg się wyłącza. I tak uczyłam się przysłów z gorączką i katarem gigantem, a w sumie najlepiej z tego pamiętam frajdę z szukania tych przysłów, a potem z omawiania ich ze znajomym nejtivem, a wcale nie katar gigant!

Docelowo jednak, w grudniu chcę wprowadzić regularność. Cel jezykowy minimum pół godziny, ale codziennie. Przy biurku. Z książką. To ma być moje święte pół godziny. Aż (min.) 3,5 godziny w tygodniu! Niektórzy w wannie siedzą dłużej. To można zrobić!

Listopadowe wyzwanie jeszcze raz pokazało, że regularność naprawdę procentuje!

 I na koniec trochę wspomnień…

Tyle podsumowań. W międzyczasie popsuł mi się komputer z pierwowzorem tego tekstu, wielu zdjęć też na razie jeszcze nie mogę odzyskać. Mam nadzieję, że chociaż te kilka poniżej z telefonu to dobra przypominajka – nauka, wcale nie oznacza zawsze książek. Często oznacza też świetnych ludzi, trzeba tylko się za nimi rozejrzeć!

Ot, zaczyna się kolejny świetny miesiąc i dużo językowych wyzwań! Jeszcze tyle fascynujących rzeczy, których można się nauczyć!!! Mam nadzieję, że też macie już cele językowe na grudzień! Ciekawa jestem, czy lubicie takie wyzwania, jak wam poszło? Albo – czy też zdaża się Wam, że brakuje wam motywacji? Czemu?

img_20161120_160952

Z Hiszpankami i jedną Włoszką!

img_20161120_161038

Panowie byli zażenowani tłumaczeniem wieloznaczności słowa „morcilla” oraz tym, że „joder” używają równie często kobiety jak i mężczyźni.

 

img-20161204-wa0006

Na dobrych imprezach nierzadko brakuje dobrego aparatu! Tym razem mocno latynosko, a liczba sympatycznych osób na metr kwadratowy przekraczała dozwoloną ilość!

Pupuseras! Tak w Salwadorze nazywa się osoby, które kleją pupusy! Ze składników na zdjęciu tylko harina / mąka kukurydziana.

????????????????

Pupusas – fastfood narodowy w Salwadorze. Tutaj w wersji przed-usmażonej. Po usmażeniu jada się z sosem, guacamole i z podsmażoną kapustą (chyba, przynajmniej tak mi je podano :)!

 

Kalambury po niemiecku, hiszpańsku i angielsku NARAZ? Łatwizna!

Lubię uczyć się języków i chciałabym znać ich kilka płynnie. Fascynują mnie wszystkie tzw. tricki językowe, czyli co można robić, by nauka była skuteczna i przyjemna jednoczeście. Tutaj piszę o tym jak zabrać się do nauki samodzielnie, jak zmienić swoje podejście do nauki języka. Najczęściej o językach europejskich tzn. niemiecki, hiszpański i angielski. Piszę, by motywować do nauki! Jeśli podoba Ci się tutaj, koniecznie polub mój profil na fejsbóku, żeby nie przegapić kolejnego postu :)!